Blog > Komentarze do wpisu

Wyjazd w góry - Tatry Zachodnie

Już tradycją staje się jesienny wyjazd w Tatry. Tym razem tylko na trzy dni, bo na tyle pozwalała nam pogoda. Nocleg (28 zł doba) był przewidziany w Schronisku na Polanie Chochołowskiej skąd mieliśmy dostęp do ubranych w jesienne barwy Tatr Zachodnich.

Do naszej bazy wypadowej dotarliśmy o godzinie 15.00, wcześniej parkując samochód w Siwej Polanie za 30 zł na trzy doby. Alby nie zmarnować tego dnia postanowiliśmy zdobyć górę gór: Grzesia mierzącego 1653 m. Dzięki temu, że nastał zmrok i turystów już prawie nie było na żółtym szlaku, mogliśmy się wczuć w atmosferę, chłonąć tę ciszę i spokój. Po wyjściu, na szczycie było dość dużo śniegu i nie było wiatru, panowała gwieździsta noc. Gdy wróciliśmy do schroniska poznaliśmy grupę serdecznych ludzi z Olsztyna, która tego samego dnia musiała zawracać z Rakonia z powodu bardzo silnego wiatru. Jak się okazało na wysokości 2000 m. panowały straszne wichury. O czym mieliśmy się wkrótce przekonać.

Bardzo chcieliśmy maksymalnie wykorzystać dzień następny, zdobyć jak najwięcej szczytów. Ambitnie wstaliśmy o godzinie piątej i nie zważając na śnieg z deszczem ruszyliśmy czerwonym szlakiem w kierunku Trzydniowiańskiego Wierchu (1762 m.). Bardzo męczą mokradła powstałe na wskutek przejazdu ciężkich maszyn. Zniszczony szlak jest jakby bajorem, które przypomina w jak wielce zurbanizowanym świecie żyjemy. Pomimo tego w końcu wchodzimy w las, który gdzieniegdzie uchyla obraz śpiących szczytów dookoła. Wierzchołek zdobyliśmy po około dwóch godzinach, gdzie witają nas pierwsze podmuchy wiatru. Nie wydawało nam się to niczym nadzwyczajnym, do czasu gdy nie zaczęliśmy dochodzić do zbocza Kończystego Wierchu (2002 m.). Tam pierwsze płaty śniegu i szalejący wiatr. Jeszcze takiej wichury w Tatrach nie miałam okazji przeżyć. Gdy już żmudnie udało nam się wejść na szczyt, stwierdziliśmy że idziemy dalej. Na Starorobociańskiej Przełęczy, gdy trzeba było się położyć, aby nie zostać zdmuchniętym została podjęta decyzja o powrocie. Podczas powrotu okazało się, ze niżej panuje piękna pogoda. Kominiarski Wierch w pełnym słońcu, Czerwone Wierchy pełne pomarańczu, koloru, życia. Widoki wspaniałe a my przemoczeni i zziębnięci. W efekcie w schronisku byliśmy o 11.00 godzinie i cały dzień próbowaliśmy odzyskać ciepłotę ciała.

W niedzielę ostatnim dniu wycieczki mieliśmy wymarzoną pogodę. Kapitalny, słoneczny dzień, prawie bezwietrzny. Po śniegu nie było już ani śladu. Z pełnymi plecakami ruszyliśmy o 8.00 rano zielonym szlakiem w kierunku Wołowca (2064 m.). Potem na przełęczy, skąd można iść również na Rakoń (1879 m.) ruszyliśmy niebieskim szlakiem na szczyt. Z wierzchołka widok zapierający dech w piersiach: wspaniałe jeszcze ośnieżone Rochacze i kolorowe wierzchołki wymalowane całą paletą ciepłych barw. My ruszyliśmy trasą niezwykle relaksującą i przyjemną na Łopatę (1957 m), i kolejno na Jarząbczy Wierch (2137 m.), gdzie podejście może dać się we znaki. Stąd już tylko parę kroków na Kończysty Wierch (2002 m.) i Starorobociański Wierch (2176 m) wcześniejszego dnia niedostępny. O 15.30 zaczęliśmy schodzić w kierunku Siwej Przełęczy (1812 m.) czerwonym szlakiem. Z przełęczy do Doliny Chochołowskiej szlakiem czarnym. Schodzenie straszliwie się dłużyło, zapadł już zmrok i wydawało się, że nigdy nie dojdziemy do samochodu. Ale ostatnie podmuchy i zapachy Tatr przypominały wspaniale spędzone dni, przez co bardzo chciało się zostać na dłużej w górach.

środa, 17 listopada 2010, poszukujmy

Polecane wpisy

Komentarze
2010/11/17 23:26:33
Witam
fajny opis - przeczytaliśmy z żoną wspominając naszą wyprawę - opisuję ją na swoim blogu w kilku odcinkach - jeśli wola zapraszam :-). Miło nam czytać opisy miejsc, w których też byliśmy choć może nie przy tak trudnych warunkach (śnieg, wiatr) jak Wy
pozdrowienia :-)